2007/07/17

TLC - CrazySexyCool

Z góry przepraszam za długość wstępu, ale jako że jest to moja pierwsza notka, chciałem, aby wstęp ten był dobrym, uniwersalnym początkiem do kolejnych opisywanych przeze mnie płyt, a także przybliżał choć troszkę moją osobę.

Kiedy TLC wydały album CrazySexyCool miałem tylko 8 lat i prawdopodobnie wtedy szalałem przy pirackich kasetach Michaela Jacksona i tak naprawdę miałem świadomość muzyczną na poziomie rybki, ale pamiętam dokładnie jak teledyski TLC migały w telewizorze. Nie wiedziałem wtedy, że to TLC. Nie mogłem zapamiętać nawet żadnego taktu... ale mimo wszystko pamiętam te teledyski dobrze, bo moją uwagę mocno przykuwała Left Eye. Była szalona, rozbrykana. Jeśli można tak powiedzieć, to jak na tamten wiek miałem duchową erekcję oglądając te urocze dziewczyny. No ale potem (po latach 1994-1995) nastała kompletna ciemność jeżeli chodzi o TLC, a także o inną muzykę. Mam bowiem wrażenie, że tak jak to było w przypadku TLC, oglądając teledyski będąc dzieckiem, nie docierała do mnie muzyka. Ostatnio oglądając teledyski z ery Never Say Never mojej ukochanej Brandy z zażenowaniem stwierdziłem, że widziałem je ładnych kilka lat wcześniej i wtedy kompletnie muzyka mnie nie poruszyła. Najbardziej zdziwiłem się oglądając video do piosenki U Don't Know Me, bo choć to szybka piosenka, to wówczas wydawało mi się, że ta dziewczyna tam szepce, nie śpiewa - nuuudy.
Po Michaelu było Ace Of Base, które szybko zostało zepchnięte z piedestału przez Spice Girls (kto tego nie przechodził?), by w końcu w 1999 roku obudziło się we mnie żywe zainteresowanie zróżnicowaną muzyką i zacząłem na poważnie, początkowo oglądając teledyski, poszukiwać swojego życiowego soundtracku (powiedz czego słuchasz, a powiem Ci kim jesteś). Wracając do TLC: w 1999 roku podczas intensywnego oglądania MTV doznałem miłości od pierwszego wejrzenia przy teledysku No Scrubs. Jako że wtedy trwała era kafejek internetowych szybko wyszukałem wszystkiego o TLC (nagrywając przy okazji niezliczone ilości zdjęć na dyskietki [LOL!]) ze zdumieniem odkrywając teledyski do Creep, Red Light Special i momentalnie przypominając sobie siebie stojącego w pokoju, w wieku 8 lat, doznającego wspomnianej wcześniej duchowej erekcji przy Left Eye.
Album CrazySexyCool wpadł w moje łapki pewnie koło 2000 roku i od tego czasu wałkowałem go tak zawzięcie, że zdecydowałem się opisać ten album na tym blogu jako pierwszy. Znam go przecież bardzo długo i bardzo dobrze. Po tylu latach wciąż mnie zachwyca i na pewno nie nudzi.

Choć to niezwykle trudne, chcę tu opisać moje i tylko moje wrażenia, odczucia, których doznaję podczas słuchania płyt. Trudne, bo przecież trudno wyrazić uczucia słowami. Niemniej jednak spróbuję:

CrazySexyCool. Taki właśnie ten album jest - szalony, seksowny, wyluzowany. Każda z piosenek dozuje każdą z tych wartości. Czasami jednej z nich jest mniej, czasami więcej, ale to tak jak partii wokalnych dziewczyn, bo przecież Left Eye to tytułowa Crazy, Chilli - Sexy, a T-Boz - Cool. Płyta najlepiej brzmi w przygaszonym, a najlepiej w czerwonym świetle ;-)


W SKRÓCIE:
CO? CrazySexyCool
KOGO? TLC
JAK? przede wszystkim sexy, ale też i crazy, cool
KOMU? rozpalonym, pragnącym się zrelaksować
Z KIM? GDZIE? KIEDY? z ukochaną osobą w upojną noc :-)
NA ILE? na 4.5/5


W SZCZEGÓLE:
1. Płytę otwiera zabawnie wyrapowane przez Phife'a (z małą pomocą Jermaine'a Dupriego) INTRO-LUDE, które pokrótce przedstawia zespół. W tle niesamowity motyw przewodni albumu, który znajdziemy także bez rapu w dalszej części albumu.

2. Numer dwa to seksowny pierwszy singiel CREEP. Aż podświadomie zaczyna się płynnie poruszać ramionami jak w teledyskowych ujęciach dziewczyn w zwiewnych szlafrokach. W utworze pięknie podkreślony jest wyjątkowy, niski głos Tionne. Mimo że piosenka opowiada o zdradzie, to piosenka (zresztą jak większa część płyty) poprzez samo brzmienie idealnie nadaje się do bliskich spotkań najwyższego stopnia z ukochaną osobą :-) Zresztą który Polak w takich chwilach wsłuchuje się w obcojęzyczny tekst? Żaden? ...No właśnie.

3. KICK YOUR GAME. Jedna z niewielu piosenek, która niemalże ze szwajcarską precyzją dzieli utwór na równe części - dla każdej z dziewczyn. Partie w kolejności: T - C , T - L, L - C. Podkreśla to mój własny podział zadań dziewczyn, które wykonują najlepiej - T-Boz najlepsza do zwrotek, Chilli do łączników, Left Eye do rapów... choć to nie reguła, bo zdarzają się piosenki głównie przypisane jednej z dziewczyn, to taki podział piosenki na zwrotki, bridge i rapy to dla mnie typowe, czyste TLC.

4. DIGGIN' ON YOU. Pogodna piosenka, tym razem chyba bardziej cool niż sexy. Piękny bridge Chilli. Tak prywatnie to Chilli jest moją ulubioną częścią TLC :-)

5. Piosenka smutna, ale niestety prawdziwa. CASE OF THE FAKE PEOPLE. Każdy pewnie zna takie osoby, które dopóki czegoś chcą zawsze są przy tobie, ale kiedy to ty potrzebujesz pomocy nigdy ich nie ma! Ironicznie opowiada też troszkę o ludziach, którzy mimo milionów sprzedanych egzemplarzy tej płyty, doprowadzili TLC do bankructwa. Wg mnie podkład nie jest najlepszą stroną tej piosenki, nadrabia to tekst.

6. CRAZYSEXYCOOL - INTERLUDE. Przerywnik T-Boz w towarzystwie Diddiego. Jeśli chcecie dowiedzieć się jaka jest najlepsza dziwka (cytując T-Boz), z która można było związać się w tym okresie, koniecznie wsłuchajcie się w tekst interluda (albo przeczytajcie słowa na którejś ze stron :P). No właśnie a propos dziwki, to pewnie każdy fan TLC dobrze wie, że dziewczyny nie przebierają w słowach i otwarcie mówią o różnych, jak nie o wszystkich sprawach, a szczególnie o sprawach seksu :-) Kocham je za to :D

7. RED LIGHT SPECIAL. Mega seksowna piosenka, podobnie jak nasycony seksem teledysk (Lisa jako alfons :D). Jeden z ulubionych utworów na płycie. I znowu przepiękna partia Chilli! Czy mówiłem już, że prywatnie... Ach, tak. Mówiłem :-)

8. WATERFALLS. Klasyk. Melodyjna piosenka, niesamowity rap Left Eye, mądry tekst. Nie ma wątpliwości czemu ta piosenka stała się największym hitem grupy. Z pewnością pomógł w tym wyjątkowy jak na tamte czasy teledysk. I pamiętajcie: the best sex is the safe sex!

9. INTERMISSION-LUDE. Wspomniany motyw przewodni. Me loves.

10. LET'S DO IT AGAIN. Ta piosenka zawsze poprawia mi humor. Przecież po udanym seksie zawsze krzyczy się zróbmy to jeszcze raz! ...prawda? Piosenka jest fantastyczna, chyba przesłucham jej jeszcze raz :-) Just love it!

11. IF I WAS YOUR GIRLFRIEND. Cover Prince'a. Szczerze przyznam, że tą piosenkę z całej płyty lubię najmniej... co nie oznacza, że nie wczuwam się śpiewając razem z Tionne: If I was your girlfriend would you let me dress you. I mean help you pick out your close before we go out. Tu chyba po prostu podobnie jak z numerem 5 nie podchodzi mi podkład.

12. Brzeboskie! Nic nie powiem, SEXY - INTERLUDE trzeba posłuchać! Chilli - ahh, my love!

13. TAKE OUR TIME. Ukochana, najpiękniejsza ballada TLC. Chyba mój ukochany kawałek na płycie. Zawsze mocno się w niego wczuwam. Chilli świetnie sobie z nim poradziła... i to jej vibrato! Kiedy słucham tej piosenki nie wiem czemu zawsze w głowie mam obrazy zamglonych wybrzeży Irlandii.

14. CAN I GET A WITNESS - INTERLUDE. Przerywnik Left Eye, towarzyszy jej Busta. All right.

15. Przedostatni utwór to przezabawny SWITCH. :-) Jeśli jakiś facet Ci nie odpowiada, to po prostu wymień go na jakiś lepszy model =]. Erase, replace, embrace new face! Jeden z ulubionych rapów Left Eye, z pewnością jest najmocniejszym punktem utworu.

16. Zamykająca album kompozycja to kolejna perełka - SUMTCHIN' WICKED THIS WAY COMES. Naprawdę urzekająca, smutna kompozycja. Jedna z niewielu, przy słuchaniu których często mam łzy w oczach. Sam często just don't understand the ways of the world today. Wszystkie partie dziewczyn: zwrotki, refreny, łącznik, rapy (w tym otwierający rap André 3000) - wszystko mocne, poruszające, idealne. Zdecydowanie 11/10, najlepszy wybór na końcowy track.


Przez dłuższą chwilkę zastanawiałem się, czy to dobry pomysł, aby przedstawić każdy utwór oddzielnie. Może dzięki temu moja recenzja nie jest taka ogólnikowa? Zresztą to nawet nie jest recenzja, a wyzwolenie moich odczuć towarzyszących mi podczas słuchania albumu. Cieszę się z tej recenzji, bo dzięki niej mogłem jeszcze raz przypomnieć sobie ten naprawdę wspaniały i zdecydowanie najlepszy album TLC. Mimo iż straciłem na to dobre 2,5 godziny, to na pewno nie żałuję tego czasu. Serdecznie zachęcam do poznania albumu tych, którzy jeszcze nie mieli okazji go usłyszeć, a tych, którzy go już znają, zachęcam do przypomnienia. Koniecznie w przygaszonym świetle!

3 komentarze:

mm pisze...

widać, że naprawdę "czujesz" ten album. podoba mi się recenzja, i to bardzo. ściągnąłem sobie dziś ten album i m.in. dzięki Twojemu opisowi bardzo chętnie go przesłucham.

ja nie zdecydowałem się na opisywanie track-by-track z obawy przed znużeniem czytelnika, ale momentami faktycznie aż chciałoby się zrobić, bo w sposób, w który robię to ja, nie da się wyróżnić wszystkich wyjątkowych piosenek.

będę wpadać. :-)

Fylyp pisze...

"Take Our Time" to jedna z najseksowniejszych piosenek ever, uwielbiam! Ja ten album odkryłem stosunkowo niedawno i naprawdę pokochałem ten materiał - kto wie, może kiedyś stanie się i moim "album masterpiece" ;)

siostra pisze...

jeden z historycznych albumów w ogóle. a mnie osobiście przedstawił muzykę r'n'b. kocham. idealny od początku do końca.