2007/08/04

Reni Jusis - Magnes

Po czterech niezwykle udanych płytach artystki zwanej Reni Jusis wszyscy nagromadzeni dzięki tej dyskografii fani ze zniecierpliwieniem czekali na kolejny, 5 album w jej karierze. Zanim dzień owej premiery nadszedł Reni zapowiadała a to płytę z remiksami, a to "greatest hits", a to nową, studyjną płytę. A co w końcu dostaliśmy? A no trzy w jednym. Trzeba przyznać, że wszystko jest na wysokim, światowym poziomie, ale... no właśnie ale... wszystko jest wtórne, smakujące jak odgrzewany kotlet, a podczas słuchania płyty bez przerwy mamy wrażenie, że "gdzieś to słyszeliśmy". Ta płyta brzmi jak mixtura największych hitów radia Eska lub Radiostacji. Niby Reni czerpie z dobrych wzorców, z dobrej jakościowo muzyki (chociażby przejścia utworów - zdecydowana inspiracja Madonną), ale swoich starych fanów mocno tą płytą rozczaruje. Nie jestem pewien też, czy pozyska nią tych nowych. To zaskakujące, jako że Reni przyzwyczaiła nas do tego, że jest powiewem świeżego powietrza w muzyce, przed wszystkimi zawsze była o krok do przodu prezentując świetne, innowacyjne kompozycje, którym z największą uwagą i przyjemnością przysłuchiwaliśmy się.
Ostatnio słyszałem i czytałem wiele negatywnych komentarzy na temat Reni, ludzie mieszają ją z błotem, mówią, że skończyła się. Mocno mi się to nie podoba. Jak można mówić takie rzeczy przy tylko jednej nieudanej płycie? Nawet nie można nazwać tego tendencją spadkową, to tylko mały "wypadek przy pracy". Choć to zupełnie inna bajka, to Mariah Carey także przepowiadano koniec. Gdyby ktoś w nią nie uwierzył na pewno nie nagrałaby przebojowej emancypacji Mimi. Ja jestem wiernym fanem Reni, bez wahania jestem w stanie tą płytę jej wybaczyć i wierzę, że nagra jeszcze płytę lepszą od wszystkich dotychczasowych.


W SKRÓCIE:
CO? Magnes
KOGO? Reni Jusis
JAK? tanecznie, energetycznie, elektronicznie,
KOMU? fanom Eski, spragnionym zabawy przy muzyce bez większego przekazu
Z KIM? GDZIE? KIEDY? tylko na tanecznej imprezie
NA ILE? na 3/5


W SZCZEGÓLE:
01. MAGNES. Radiowa, skrócona wersja mnie zachwyciła. Myślałem wtedy, że "nie ma tak optymistycznych kompozycji na polskim rynku muzycznym". Niestety przez ciągnącą się jak flaki z olejem wersję albumową, nudny i kiepski teledysk oraz domniemany plagiat "Star Guitar" Chemical Brothers zraziłem się do tej piosenki. Troszkę ratuje ją końcówka zamieniona w mój ulubiony remix (Happy Hour People), mimo że przy tym przejściu występuje mały zgrzyt.

02. OCALĘ CIĘ. Trudno ocenić, czy to plus, czy minus płyty, jako że z jednej strony piosenkę znamy ze składanki 2+1, ale z drugiej mało kto mógł tą składankę mieć w swoim posiadaniu. Znowu z jednej strony Reni poszła trochę na łatwiznę wrzucając coś już wcześniej zrobionego, ale z drugiej jest to świetna wersja, zupełnie inna od oryginału 2+1 i doskonale wpasowująca się w klimat albumu. Mimo wszystko cieszę się z tej piosenki na albumie, aczkolwiek troszkę różniąca się wersja ze składanki chyba byłaby lepsza (jest troszkę mroczniejsza, bardziej tajemnicza).

03. GINGER GIRL. Mocne elektro, chwytliwy refren, świetny tekst Mavina. Tak naprawdę w większości nowe piosenki na albumie są niezłe, szkoda tylko że lekko tracą blask się przez ogólne wrażenie płyty.

04. MIXTURA. Mój ulubiony utwór na albumie, ubolewam nad brakiem teledysku, bo mógłby być to jeden z lepszych singli Reni Jusis. Muzycznie troszkę kojarzy mi się z "Get Together" Madonny i "Another Chance" Rogera Sancheza. Za to naprawdę mocno z "Mixturą" kojarzą mi się młodsze od niej remiksy Sophie Ellis Bextor - Catch You (Moto Blanco Club Mix) oraz Disco Freaks - Take Me To The Sun (Freemasons Remix). Niezwykle mnie to zastanawia. Czyżby zachodni DJ'e wygrzebują nieznanych artystów z zaściankowych krajów i mocno inspirują się ich twórczością? Nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie...
Nie rozumiem czemu wiele osób uważa, że tekst "Mixtury" jest banalny. Jak dla mnie jest on świetny, naprawdę pomysłowo napisany, a w języku polskim jest to przecież niezwykle trudne. Chyba wszystkie anglojęzyczne teksty ociekają banałem, a jakoś nikomu to nie przeszkadza.

05. GO SPINNING. Całkiem przyjemny utwór tym razem kojarzący się mi z twórczością Goldfrapp.

06. KILKA PROSTYCH PRAWD. Uwielbiam wersję tej piosenki z festiwalu w Sopocie. Nawet lubię wersję teledyskową . Nie znoszę wersji albumowej. Ta ostra aranżacja à la Benny Benassi naprawdę mnie drażni.

07. SINGLE BITE LOVER. Przyznam, iż mimo że niepochlebnie wypowiedziałem się o robieniu z tej płyty 3 w 1 (największe przeboje, remixy, nowe piosenki), to ta wersja utworu chyba podoba mi się bardziej niż oryginalne, trans-misyjne "Kto pokocha?".

08. LENIVIEC. Totalna przeróbka bardzo fajnego utworu z pierwszej płyty Reni. Gdyby nie identyczny tekst na pewno nie rozpoznałbym tej piosenki.

09. HOW CAN I EVER FORGET YOU. Jestem zwolennikiem nie poprawiania tego, co jest już dobre. Przez angielską wersję i zmieniony podkład piosenka straciła na tej płycie swój oryginalny blask.

10. NIEMY KRZYK. Taki mały, balladowy smaczek na zakończenie albumu (pomijając dwa bonusy). I choć piano kojarzy mi się z nielubianym "Join Me" HIM, to jest to naprawdę piękna i wzruszająca kompozycja.


NA ZAKOŃCZENIE:
Podsumowując uważam, że płyta sama w sobie nie jest zła. Są na niej świetne nowe utwory, jak i świetne remixy tych starych, wszystko w aranżacjach na wysokim, światowym poziomie. Dla wiernych fanów Reni ta płyta jest jednak rozczarowująca. Myślę, iż zostałaby ona lepiej przyjęta, gdyby dodano do niej więcej remixów starych utworów i zostałaby oficjalnie określona mianem The Greatest Hits. Mam wrażenie, że wciąż ze zniecierpliwieniem czekam na kolejną, po Trans Misji płytę - tak, jakby Magnes nie został wydany.

2007/08/01

Peaches - Impeach My Bush

Kiedyś w pewnej recenzji ktoś podsumował ją słowami "wulgarna, zboczona i owłosiona Żydówka". Choć kompletnie nie myślę o niej w takich kategoriach, to lubię sobie czasami tak o niej pożartować. Tak naprawdę Peaches nie jest zboczona - po prostu otwarcie mówi o sprawach, o których każdy myśli, tylko wstydzi się do tego przyznać... noo, prawie każdy. Teksty na Impeach My Bush opowiadają (czasami w ciekawie zawoalowany sposób) o seksie (także grupowym), penisach, waginach i pochodnych. Mając w rękach jej płytę dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać - poza nasączonymi seksualnie tekstami zawsze znajdziemy tylko mocne i ostre podkłady, 100% energii, 0% nudy. Choć muzyka mocno sprecyzowana, złożona przeważnie z szybkich kawałków nie jest przewidywalna czy monotonna. Przy pracy nad tą płytą artystka wiele współpracowała z innymi zaproszonymi muzykami, którzy nadali albumowi żywe, głębokie brzmienie. Zaowocowało to świetnymi rockandrollowymi kawałkami (You Love It, Give'er, Do Ya). Choć rock and roll przejawiał się na wcześniejszych płytach Peaches, to na tej płycie jest on mniej hałaśliwy, a bardziej melodyjny i przemyślany. Peaches nie porzuciła jednak kompletnie pracy z komputerem - brzmienie kawałków oscyluje między rockandrollem, a elektro, z którego jest znana. Różnorodność tą podkreśla niezwykła rozpiętość głosowa Peaches - jej wokal czasami jest niski, czasami wyjątkowo kobiecy (refren Downtown), często też krzykliwy. Jako że płyta to energetyczna bomba najlepszym jej przeznaczeniem jest szalona impreza lub/i ostry seks :-)


W SKRÓCIE:
CO? Impeach My Bush
KOGO? Peaches
JAK? energetycznie, elektronicznie, rockandrollowo, drapieżnie, seksualnie
KOMU? spragnionym zabawy, potrzebującym zastrzyku energii
Z KIM? GDZIE? KIEDY? w gronie przyjaciół na szalonej nocnej imprezie
NA ILE? na 4.5/5


W SZCZEGÓLE:
01. FUCK OR KILL. Bomba energetyczna. Najmocniejsze otwarcie albumu, jakie mogłoby być. Beat jest tak szalony i zakręcony, że sprawia wrażenie przypadkowo rozrzuconego, ale tak naprawdę jest starannie dopieszczony i przemyślany. Peaches wykrzykuje tu antytotalitarny tekst.

02. TENT IN YOUR PANTS. Zdecydowanie mój faworyt. Świetny tekst, dopracowany mocny podkład. Uwielbiam mnogość wokali i głosów Peaches (partie mówione, lekko rapowe, wyszeptane, śpiewane). Bez wahania 10+/10.

03. HIT IT HARD. Powoli zapoznajemy się z rockandrollową wersją Peaches: w tej piosence mamy trochę gitarowego i trochę elektronicznego brzmienia. Oczywiście skocznie, tanecznie - sama artystka w tekście zachęca nas do czadu na parkiecie, a my chętnie go dajemy. Idealna na imprezy.

04. BOYS WANNA BE HER. Naprawdę ostry utwór. Można tutaj wyobrazić sobie śpiewającą tę piosenkę Peaches w butach na wysokiej koturnie, futrze i lśniących, grubych łańcuchach spoglądającą na nas lekko z wyższością i pogardą ze sceny... a my się na nią gapimy z otwartymi ustami. To się chyba nazywa glam rock :-) Oczywiście znowu świetny, różnorodny wokal arystki: od lekko rapowych zwrotek, do wykrzyczanych z całej siły wstawek i refrenu.

05. DOWNTOWN. Bujający pierwszy singiel z chwytliwym refrenem, który mnie lekko zaskoczył - nie myślałem, że Peaches potrafi tak wyciągać :-) Kolejny naprawdę dopracowany utwór: świetny podkład i świetne wokale... no i te oddechy!

06. TWO GUYS (FOR EVERY GIRL). Tytuł mówi sam za siebie - chyba jeden z bardziej wulgarnych tekstów na płycie. Peaches kręcą zabawiający się sobą faceci? :> Oczywiście uwielbiam.

07. ROCK THE SHOCKER. Przyjemny utwór z przedyszanym refrenem ;-) Ciekawa linia melodyczna zwrotek. Fajny podkład, szczególnie podobają mi się wysokie dźwięki w refrenie. Najlepszy tekst w piosence: "stop relying on your dick".

08. YOU LOVE IT. Totalny rock and roll and czad, niczym z rockowego festiwalu z kąpielami w błocie. Tak nawet rozpoczyna się utwór: brzmi jakby było to nagranie live. Wydzierająca się Peaches przywodzi na myśl metalowych wokalistów wysuwających język niczym wąż i pokazujących dłonią "różki" (jak to się nazywa? corna?). I love it.

09. SLIPPERY DICK...it's just a fish in the Atlantic. Znowu tytuł mówi sam za siebie :-) Taki o to refren rozdziela zwrotki-wyliczanki. Przyjemne, ostre elektro.

10. GIVE'ER. Znowu rockandrollowe brzmienie, które jest mocną stroną tego albumu. Utwory te są świetnym zastrzykiem energii. Szybkie, szalone, skoczne i pełne czadu. Ciało same rwie się do tańca.

11. GET IT. Bzyczące elektro z lekko dziwnym refrenem. Chyba najsłabszy utwór, mimo wszystko wpasowuje się w klimat płyty.

12. DO YA. Chyba mój ulubiony rockandrollowy kawałek na płycie, pewnie głównie dzięki świetnej reklamie GAPa. Love it.

13. STICK IT TO THE PIMP. Znowu lekko buczący podkład. Mocno i wulgarnie, czyli czysta Peaches. Kocham fragment "I wanna stick it... bet you thought i was gonna say in. But im not".

2007/07/24

Monica - After The Storm

Postanowiłem na moim blogu zacząć opisywać albumy nie tylko przeze mnie uwielbiane, ale także te, które dopiero poznaję. Jak wypadną one w zderzeniu z najlepszymi w mojej płytotece? Jak zmieni się mój stosunek do nich pod wpływem ilości słuchania? Czy znajdę pośród nich kolejną perełkę? Wszystkiego dowiecie się czytając tego bloga (napięcie niczym z opisu filmu przygodowego XD ). Na pierwszy ogień leci Monica ze swoją płytą After The Storm. Do przesłuchania albumu zachęcił mnie opis słodkiej Trish. Czy podzielę jej fascynacje nad albumem? Zobaczmy...


W SKRÓCIE:
CO? After The Storm
KOGO? Monici
JAK? przeważnie relaksująco, leniwie
KOMU? pragnącym się zrelaksować, szczęśliwym po zerwaniu z partnerem
Z KIM? GDZIE? KIEDY? głownie samemu podczas relaksowania się (chillowania ;-) )
NA ILE? na 4/5


W SZCZEGÓLE:
01. INTRO. Zabawny początek albumu. Podkreśla obecność Missy jako protektorki, czuwającej nad albumem.

02. GET IT OFF. Piosenka o oldschoolowym brzmieniu, bardzo w stylu Missy Elliott - dużo tutaj zabiegów charakterystycznych dla jej utworów, być może nawet za dużo. Lekko irytuje mnie przerwanie zwrotki i przewinięcie piosenki na początek, by wcisnąć rap. Mimo wszystko po kilkukrotnym przesłuchaniu naprawdę bardzo mi się podoba. Jeden z faworytów.

03. SO GONE. Po kolejnym wstępie a capella myślałem, że już będzie tak do końca :-) . Świetny oldchoolowy podkład wzbudzający lekko uczucie niepokoju i napięcia. Melodia do zapamiętania po kilkukrotnym przesłuchaniu, mimo to bardzo przyjemna. Refren jest jednak zbyt delikatny, słabo naznaczony, nadaje się bardziej na bridge. Fajna rapowa wstawka Monici.

04. U SHOULD'VE KNOWN BETTER. Przy pierwszym przesłuchaniu silne skojarzenie z U Got It Bad Ushera. Pomijając to jest to dobra piosenka (poza okropnym ozdobnikiem na końcu). Wreszcie coś z chwytliwym refrenem!

05. DON'T GOTTA GO HOME. Klimaty lekko latynoskie, lekko meksykańskie. Z wyjątkiem chropowatego jak papier ścierny głosu rappera piosenka bardzo dobra, z bardzo chwytliwym refrenem. Me likes, chyba faworyt!

06. KNOCK KNOCK. I znowu mamy Missy :-) . Piosenka przyjemna, lekka, z podkładem niczym leniwa niedziela, jakby bez początku i bez końca. Fajny, troszkę śmieszny missowaty refren. Bardzo fajna rapo-recytacja Monici.

07. BREAKS MY HEART. Najlepszy utwór do tej pory. Sam podkład jest interesujący, troszkę melancholijny, a w połączeniu z wokalem tworzy świetny, nasycony emocjonalnie utwór . Wszystko jest super, poza jednym, koszmarnym ohydnikiem zaczynającym się w okolicach 2:57, ciągnącym się w nieskończoność :-).

08. I WROTE THIS SONG. Przyjemny, mocny, troszkę orientalny podkład. Piosenka lekko skojarzyła mi się z Things Come And Go Mýi i Sean'a Paul'a. Fajny, chwytliwy refren.

09. AIN'T GONNA CRY NO MORE. Świetny, znowu mocny podkład, oraz fajny, melodyjny refren. Me likes!

10. GO TO BED MAD. Przyjemna, delikatna, lekka, wakacyjna - tak określiłbym ją w 4 słowach. Razem z Tyrese'm Monica stworzyła naprawdę dobry duet! Głos Tyrese tak bardzo mi się tu spodobał, że chyba zapoznam się z jego twórczością.

11. HURST THE MOST. Nieodkrywcza, raczej nie zwraca na siebie uwagi, choć refren całkiem niezły. Mimo wszystko raczej album filler.

12. THAT'S MY MAN. Troszkę skojarzyła mi się z twórczością Toni Braxton. Jest ciekawa, emocjonalna - podoba mi się!

Po głębszym poznaniu albumu doszedłem do wniosku, iż zdecydowanie trzeba przesłuchać go kilkukrotnie, by tak naprawdę go polubić... kto wie, może kilka przesłuchań więcej i go pokocham? Podobnie przecież miałem z albumami uwielbionej Brandy. Jedna rzecz, która wyjątkowo mnie irytuje, to zbyt obfita ilość ozdobników wokalnych, które czasami wręcz przeradzają się w ohydniki! Osobiście wyznaję zasadę less is more - takie upiększenia bardziej nadają się do zaimponowania na występach na żywo. Jeżeli chodzi o podkłady są one bardzo dobre, ale czasami sprawiają wrażenie płaskich, jakby zostały kompletnie wyssane z komputera - brakuje mi w nich życia. Ogólnie After The Storm jest albumem bardzo dobrym, ale nie doskonałym. Po kilku przesłuchaniach jeszcze mnie nie uwiódł, nie znalazł się w gronie tych ulubionych.

2007/07/18

Brandy - Afrodisiac

Długo ta płyta do mnie docierała (głównie przez brak czasu na jej wysłuchanie), ale kiedy już dotarła od tamtej pory nie mogę się od niej uwolnić. Często słucham muzyki kiedy pracuję przy komputerze i chcąc nie chcąc leci ona mimochodem, jednak zawsze kiedy włączam tą płytę nie mogę powstrzymać się , aby razem z Brandy nie zaśpiewać co najmniej kilku utworów chwilowo odkładając pracę na bok. Wszystko dzięki mocnemu, przebojowemu początkowi płyty, a przebojowość ta tak naprawdę nie traci na sile aż do samego końca. Wszystkie piosenki są niezwykle melodyjne, co sprawia, że pozostają one na długo w naszej pamięci. Czasami dobra melodia załatwia wszystko, mimo to utwory okraszone są świetnie wyprodukowanymi i dopracowanymi podkładami - nad płytą w dużej mierze czuwał Timbaland, co samo w sobie może być rekomendacją. Uważam, iż jego produkcje są najmocniejszymi punktami albumu. Mimo iż dzieła Timbalanda znałem już wcześniej, ogromny hype na niego u mnie zaczął się właśnie od tej płyty... Timbo potem cudownie wyprodukował m.in. Nelly Furtado i Justin'a Timberlake'a, ale o tych płytach na pewno napiszę kiedy indziej. Afrodisiac to płyta bardzo zróżnicowana, są na niej i poważne, dojrzałe kompozycje, i lekkie, romantyczne piosenki, oraz imprezowe hity. Różnorodność ta jest jednak dobrze wyważona i wymieszana, tak więc nie można zanudzić się kilkoma monotonnymi piosenkami pod rząd. Mimo iż Brandy nie jest autorką tekstów, to wszystkie piosenki, zostały zainspirowane jej życiowymi przeżyciami, dzięki czemu płyta jest bardzo osobista, a my chętnie wysłuchujemy tych zarówno smutnych, jak i optymistycznych, miłosnych opowieści. Zdecydowanie jedna z moich najukochańszych płyt.


W SKRÓCIE:
CO? Afrodisiac
KOGO? Brandy
JAK? dojrzale, emocjonalnie
KOMU? potrzebującym siły i wsparcia przy radzeniu sobie z trudnościami
Z KIM? GDZIE? KIEDY? chyba jednak w samotności, o wschodzie i o zachodzie słońca
NA ILE? na 5/5


W SZCZEGÓLE:
1. WHO I AM. Pierwszy utwór prawdopodobnie jest najważniejszym utworem na płycie jakiegokolwiek artysty, gdyż musi on jak najlepiej zachęcić słuchacza do dalszego wsłuchiwania się w dźwięki albumu. Who I Am spełnia tę rolę znakomicie. Choć utwór od początku do końca wypełniony jest tekstem, nie zanudza, a wręcz przeciwnie - zaciekawia nas, wzbudza pragnienie odkrycia jaka jest Brandy i jaki jest jej album. Jest to zasługa chyba najbardziej osobistego tekstu na płycie, chwytliwej melodii oraz niezwykle emocjonalnego śpiewu Brandy. To doskonały początek albumu. Jak dla mnie zdecydowane 10/10. Tekst refrenu delikatnie kojarzy mi się z Fighter Christiny Aguilery:
Thank you for all the tears, all the stress. You're the best. I feel blessed, I'm a better woman now. Look how I smile, all you did was help the next man. This experience made me who I am.

2. AFRODISIAC. Najbardziej przebojowa piosenka na płycie i według mnie najbardziej niedoceniony singiel. Niezwykle chwytliwa, niezwykle melodyjna. Lekka piosenka o miłości, a mimo wszystko niebanalna. Uwielbiam smyczki w podkładzie oraz wyjątkowy sample charakterystyczny dla Timbalanda, kojarzący mi się troszkę z Are You That Somebody Aaliyah oraz My Love Timberlake'a. 10/10

3. WHO IS SHE 2 U. Są piosenki, które najchętniej słuchałoby się w małych, klimatycznych klubach, i są piosenki, które widzimy tylko na wielkich estradach, z chórem i orkiestrą symfoniczną. Ta piosenka zdecydowanie należy do drugiej grupy, przynajmniej jeśli miałaby być wykonywana w wersji albumowej. Piosenka bardzo dobra, jednak nie należy do grona moich ukochanych. Szczerze nie jestem pewien, czy to dobrze wybrany 3 singiel, a tym bardziej singiel promujący Greatest Hits Brandy.

4. TALK ABOUT OUR LOVE. Piosenka w porządku, w połączeniu z teledyskiem o wiele bardziej mnie zachwyca (świetny układ taneczny i pięknie wyglądająca Brandy). Podoba mi się lekko oldschoolowy podkład no i oczywiście instrumenty smyczkowe.

5. I TRIED. Kolejna ukochana przeze mnie kompozycja na płycie. Cóż mogę więcej powiedzieć? Dobry tekst, chwytliwa melodia, emocjonalny wokal, świetny podkład - zawsze lubię piosenki z takim mocnym i basowym beatem, a jak są smyczki to już w ogóle bajka (poznaliście mój kolejny fetysz: są smyki, jest super :P). Kolejne 10/10. L.O.V.E.

6. WHERE YOU WANNA BE. Słuchając piosenki łatwo przejąć emocje nią nasycone - ja czuję lekkie napięcie, poddenerwowanie, a podkreśla to dobrze dopasowany podkład. Najlepszy artysta to taki, który potrafi włożyć serce i przenieść emocje w to, co robi. W tym wypadku jest to szczere, kupuję to w całości. Piosenkę bardzo lubię, choć nie szaleję.

7. FOCUS. Nie wiem, czy to nie moja ulubiona piosenka na Afrodisiacu. I znowu duża dawka emocji, odpowiednie basy, piękne chórki. Kiedyś doszedłem do wniosku (i nadal tak uważam), że chórki Brandy są chyba moimi ulubionymi. Niskie, delikatne, niemalże szepcące. Słuchanie w słuchawkach niektórych utworów z tej płyty, a w szczególności tego, może być swego rodzaju namiastką szeptania przez Brandy słów prosto do naszego ucha. Brak tylko jej ciepłego oddechu... może znajdzie się ktoś, kto ma ochotę podmuchać mi do ucha podczas słuchania tej płyty? XD Kocham, kocham, kocham. 11/10.

8. SADDIDY. Małe oderwanie od smutnych klimatów, tutaj robi się troszkę bardziej agresywnie, ale też i tanecznie. Mam fazy na tą piosenkę: czasami bardzo lubię, czasami mnie troszkę drażni.

9. TURN IT UP. Odskocznia zarówno od smutnych, jak i agresywnych utworów. Zarówno tekst, jak i sama piosenka to zabawa. Jest troszkę olschoolowo, troszkę ulicznie, zdecydowanie tanecznie. Nie można przy niej ustać w bezruchu. Cieszę się z fragmentu o Aaliyah. Ogólnie jestem na TAK :-)

10. NECESSARY. Optymistyczna piosenka o miłości. A ja nadal śpiewam razem z Brandy. Melodyjność to chyba najmocniejszy punkt albumu. Ta i kolejna piosenka są małym wyciszeniem przed mocnym finałem albumu.

11. SAY YOU WILL. Kolejna kompozycja o miłości. Troszkę wolniejsza, troszkę spokojniejsza od poprzedniczki, ale za to z równie chwytliwym refrenem. Trudno mi to określić słowami, ale porównując ballady z albumu Full Moon z tymi Afrodisiacowymi mam wrażenie, że różnią się pokładami energii. Te z poprzedniego albumu są dramatyczne i wyniosłe. Necessary i Say You Will są delikatniejsze, chyba bardziej osobiste. Brzmią jakby były zaśpiewane przez Brandy w potarganej fryzurze o poranku po spędzonej nocy z ukochanym, a nie przy rozwianych ogromnym wiatrakiem włosach na tle skalistego wybrzeża i wzburzonych fal. Które lepsze? Trudno mi ocenić.

12. COME AS YOU ARE. Brandy brzmi tu na dojrzałą, świadomą swego ciała kobietę, zresztą o tym także opowiada tekst. Kolejna uwielbiana przeze mnie piosenka (czy jak wspomnę o emocjach i melodyjności ktoś będzie miał ochotę mnie uderzyć?). Ogromnie podoba mi się lekko dramatyczny podkład - produkcję Timbalanda można wyczuć tu odrazu.

13. FINALLY. Ubóstwiam! Świetny bojowy podkład, emocjonalny wokal, piękne chórki no i przede wszystkim mądry tekst, który zawsze zachęca do działania, przypomina mi, że moje życie jest tylko w moich rękach i muszę walczyć o swoje szczęście. 11/10. Uwaga: orgazmiczny moment od 3:06 :P (po orgazmicznej recenzji Ani będę starał się trochę ograniczać z tymi momentami, ale nie będę walczył z wewnętrzną potrzebą wyrażania tego w naprawdę ważnych przypadkach :P)
EDIT: U-BÓ-STWIAM! Kończąc recenzję włączyła mi się ta piosenka i zupełnie podświadomie zacząłem się w nią mocno wczuwać, pochłonąłem emocje jak gąbka, co wydusiło ze mnie paradoksalnie jednocześnie smutną i szczęśliwą łzę: smutną, bo było ciężko; szczęśliwą, bo zwycięsko wyszliśmy z tej walki.

14. HOW I FEEL to chyba najlepsza z dotychczasowych ballad na płycie. Mimo że tekst temu kompletnie przeczy, ja słuchając jej mam wrażenie ogarniającego całe ciało uczucie szczęścia, spełnionego marzenia, które sprawia, że unosimy się kilka centymetrów nad ziemią.

15. SHOULD I GO to po I Tried kolejny dowód na to, że Brandy jest fanką Coldplay. Wykorzystany tutaj sample z utworu Clocks świetnie komponuje się z delikatnym i niskim głosem Brandy. Chórki... kto mi poszepce do ucha tak jak Brandy? ;-( Kocham, kocham, kocham. Prawdopodobnie znowu się powtórzę, ale to dla mnie naprawdę dobre zakończenie albumu, zwłaszcza że poruszone są tu kwestie ważne może nie tak bardzo dla Brandy, co dla nas, fanów, dotyczące zawiłości show biznesu i niepewności artystki, co do pozostania jego częścią. Podobno Brandy pracuje nad kolejnym albumem, dlatego proszę się nie martwić :-) Znowu urocza wstawka o Aaliyah.


Teraz przyszło mi do głowy porównanie tej płyty do chmury: czasami jest burzowa, czasami pada z niej ciepły deszcz, czasami lekko unosi się na tle słonecznego nieba, ale w końcu rozrzedza się pozostawiając po sobie wyjątkowe wrażenie, jak wyjątkowe jest powietrze po deszczu. Brandy mocno otworzyła album i delikatnie go zamknęła, rozpływając się niczym chmurka.Mam wrażenie, że płyta naładowana jest silnymi emocjami, które uwalniają się poprzez muzykę. Po wysłuchaniu płyty w całości mamy wrażenie oczyszczenia, spełnienia.

2007/07/17

Ania - Kilka historii na ten sam temat

Mimo że od samego początku prowadzę fanclub Ani Dąbrowskiej, to pierwsza płyta nawet w połowie nie uwiodła mnie tak, jak płyta numer dwa, która podobno jest największym testem dla artysty. Dopiero przy tym albumie niezwykle pokochałem twórczość Ani. Płyta jest niesamowicie spójna, ciepła, żywa. Prawdziwi muzycy z instrumentami to jednak duża różnica - wszystkiego nie da się wydusić z komputera. Już w styczniu, kiedy przysłuchiwałem się mimochodem puszczonej, wciąż rozgrzebanej płycie w domu Ani, dosłownie kapice pospadały mi z nóg. To cudeńko znajduje się na podium mojej prywatnej listy ulubionych płyt. Z pewnością pozostanie tam bardzo długo. Tak naprawdę nie wiem, co może ją przebić... trzecia płyta Anki? :-D Urzekły mnie teksty, melodie, podkłady. W przypadku dwóch pierwszych to prawie zawsze zasługa Ani, w przypadku ostatniego to zasługa Bogdana Kondradzkiego - niezwykle utalentowanego, niezwykle skromnego superproducenta.


W SKRÓCIE:
CO? Kilka historii na ten sam temat
KOGO? Ani
JAK? delikatnie, kobieco, akustycznie
KOMU? wrażliwym i rozmarzonym
Z KIM? GDZIE? KIEDY? tylko w samotności, dobrze w przygaszonym świetle
NA ILE? na 5/5


W SZCZEGÓLE:
1. ZOSTAŃ. Piękne, pogodne otwarcie płyty. Słuchając tego utworu wyobrażam sobie kwiecistą łąkę, którą wieńczy jedynie horyzont. Ania swoim głosem delikatnie, bez dużego wysiłku wyśpiewuje zaproszenie, które z ogromną przyjemnością przyjmujemy, siadamy na krześle (chociaż ja słuchając tej płyty wolę leżeć :P) i uważnie wsłuchujemy się w te kobiece, melodyjne piosenki.

2. TRUDNO MI SIĘ PRZYZNAĆ. Prosty, trochę przewrotny, ale jakże prawdziwy tekst. Założę się, że wiele osób się z nim utożsamia. Moje ulubione momenty to "dobrze mi jest z tym" (wersji 808 nigdy nie zapomnę - on będzie wiedział o co chodzi :-)), "wiem też, że dla ciebie to oddałabym" - czyli ostatnie nuty obu zwrotek, oraz sama końcówka utworu "trochę za długo" . Myślę, że to dobrze wybrany pierwszy singiel.

3. NIC SIĘ NIE STAŁO. Przepiękna piosenka, bez wątpliwości moja ukochana piosenka Ani (to głównie przez nią spadły mi kapcie!). Smutny tekst, emocjonalnie zaśpiewany przez Anię. Ogromnie poruszające. Chciałbym, aby została singlem...
Zdradzę wam pewną moją tajemnicę: w niektórych piosenkach mam takie orgazmiczne momenty - momenty, przy słuchaniu których myślę "ach Boże, co za piękna piosenka", a towarzyszy temu łezka w oku. Nic się nie stało ma takich momentów aż dwa (podwójny orgazm, hehe): początek drugiego refrenu (1:52) oraz "uuuu" (2:41). Absolutnie fantastyczne.

4. MUSISZ WIERZYĆ. Na pierwszej płycie niezwykle irytuje mnie banjo w piosence Tylko słowa zostały... i wiecie co? W tej piosence kompletnie mi ono nie przeszkadza! Pozytywnie nastrajający tekst, myślę że to dobry trzeci singiel. Ukazuje troszeczkę inną stronę w twórczości Ani... i niech ktoś spróbuje powiedzieć "aa ta Anka, wszystkie piosenki dołujące, na jedno kopyto".

5. CZEKAM... Kolejne przewrotne połączenie: bardzo smutny tekst i bardzo optymistyczny podkład. Mieszanka wybuchowa? Z pewnością. Przepowiedziałem tego singla, żałuję tylko, że nie wyszło z teledyskiem (który wg mnie i tak jest lepszy, niż 3/4 polskich teledysków w TV. Nie, nie pokażę wam! :P). O wspaniałości wokalu Ani nie będę wspominał. Orgazmiczny moment: ozdobnik w "wiem już, że skończyło się" (dokładnie 2:50-2:57).

6. CZEGO ONA CHCE? Kolejna optymistyczna piosenka. Myślę, że podobnie jak w Innej, jest to tekst o samej Ani. Bez tekstu piosenki w książeczce na początku może troszkę trudno zrozumieć "co tam Ania śpiewa w zwrotkach?!", ale kogo to obchodzi, gdy tańczy się do tej piosenki na koncertach? Osobiście chyba najmniej lubiana piosenka z płyty.

7. WIOSNA. Kolejne cudo. Widzę Anie leżącą na trawie i wpatrującą się w niebo. Orgazmiczne przejścia zwrotek w refreny, początek końca - czyli ostatni refren (2:24) oraz oczywiście trąbki w ostatniej minucie utworu. L.O.V.E.

8. L'ULTIMO. Podobnie jak Zimę '81, traktuję go troszkę jak przerywnik płyty. Całkiem przyjemny odpoczynek od tekstów :P Ciekawe, czy takie utwory będą regułą na płytach Ani?

9. OPOWIEDZ MI. Zdecydowanie kolejny kandydat na singla. Teraz przypomniałem sobie słowa Wojewódzkiego mówiące, że "Ania to artystka bez przebojów". Mówiłem to już Ani, że ta płyta to dla mnie jeden wielki przebój. Tak w zasadzie to każda piosenka nadaje się na singla, przynajmniej w moich oczach, a raczej uszach. Co do piosenki: orgazmiczny ostatni refren z rozpoczynającym go "oooooo-powiedz".

10. JUŻ MNIE NIE MA W TWOICH PLANACH. Przy pierwszym przesłuchaniu (nie wiedzieć czemu) piosenka mocno skojarzyła mi się z Czy ktoś spytać chce czemu stało się tak?, ale tylko jeśli chodzi o melodię. Interesujący tekst. Obraz w głowie: brukowana ulica częściowo przykryta jesiennymi liśćmi. Ulubiony moment od 3:20.

11. NIECH ZNIKNIE CAŁY ŚWIAT. Do tej pory irytuje mnie gitara na początku. Wręcz żenująco kojarzy mi się z jakimiś dokonaniami Jon Bon Jovi. Na szczęście świetny tekst doskonale przykrywa nielubianą przeze mnie warstwę muzyczną. Ulubionym momentem jest ostatni refren, a zwłaszcza ostatnie "już nie potrzebny mi i tak". W sumie to dobre zakończenie albumu, zwłaszcza że utwór lekko różni się od pozostałych kompozycji.

TLC - CrazySexyCool

Z góry przepraszam za długość wstępu, ale jako że jest to moja pierwsza notka, chciałem, aby wstęp ten był dobrym, uniwersalnym początkiem do kolejnych opisywanych przeze mnie płyt, a także przybliżał choć troszkę moją osobę.

Kiedy TLC wydały album CrazySexyCool miałem tylko 8 lat i prawdopodobnie wtedy szalałem przy pirackich kasetach Michaela Jacksona i tak naprawdę miałem świadomość muzyczną na poziomie rybki, ale pamiętam dokładnie jak teledyski TLC migały w telewizorze. Nie wiedziałem wtedy, że to TLC. Nie mogłem zapamiętać nawet żadnego taktu... ale mimo wszystko pamiętam te teledyski dobrze, bo moją uwagę mocno przykuwała Left Eye. Była szalona, rozbrykana. Jeśli można tak powiedzieć, to jak na tamten wiek miałem duchową erekcję oglądając te urocze dziewczyny. No ale potem (po latach 1994-1995) nastała kompletna ciemność jeżeli chodzi o TLC, a także o inną muzykę. Mam bowiem wrażenie, że tak jak to było w przypadku TLC, oglądając teledyski będąc dzieckiem, nie docierała do mnie muzyka. Ostatnio oglądając teledyski z ery Never Say Never mojej ukochanej Brandy z zażenowaniem stwierdziłem, że widziałem je ładnych kilka lat wcześniej i wtedy kompletnie muzyka mnie nie poruszyła. Najbardziej zdziwiłem się oglądając video do piosenki U Don't Know Me, bo choć to szybka piosenka, to wówczas wydawało mi się, że ta dziewczyna tam szepce, nie śpiewa - nuuudy.
Po Michaelu było Ace Of Base, które szybko zostało zepchnięte z piedestału przez Spice Girls (kto tego nie przechodził?), by w końcu w 1999 roku obudziło się we mnie żywe zainteresowanie zróżnicowaną muzyką i zacząłem na poważnie, początkowo oglądając teledyski, poszukiwać swojego życiowego soundtracku (powiedz czego słuchasz, a powiem Ci kim jesteś). Wracając do TLC: w 1999 roku podczas intensywnego oglądania MTV doznałem miłości od pierwszego wejrzenia przy teledysku No Scrubs. Jako że wtedy trwała era kafejek internetowych szybko wyszukałem wszystkiego o TLC (nagrywając przy okazji niezliczone ilości zdjęć na dyskietki [LOL!]) ze zdumieniem odkrywając teledyski do Creep, Red Light Special i momentalnie przypominając sobie siebie stojącego w pokoju, w wieku 8 lat, doznającego wspomnianej wcześniej duchowej erekcji przy Left Eye.
Album CrazySexyCool wpadł w moje łapki pewnie koło 2000 roku i od tego czasu wałkowałem go tak zawzięcie, że zdecydowałem się opisać ten album na tym blogu jako pierwszy. Znam go przecież bardzo długo i bardzo dobrze. Po tylu latach wciąż mnie zachwyca i na pewno nie nudzi.

Choć to niezwykle trudne, chcę tu opisać moje i tylko moje wrażenia, odczucia, których doznaję podczas słuchania płyt. Trudne, bo przecież trudno wyrazić uczucia słowami. Niemniej jednak spróbuję:

CrazySexyCool. Taki właśnie ten album jest - szalony, seksowny, wyluzowany. Każda z piosenek dozuje każdą z tych wartości. Czasami jednej z nich jest mniej, czasami więcej, ale to tak jak partii wokalnych dziewczyn, bo przecież Left Eye to tytułowa Crazy, Chilli - Sexy, a T-Boz - Cool. Płyta najlepiej brzmi w przygaszonym, a najlepiej w czerwonym świetle ;-)


W SKRÓCIE:
CO? CrazySexyCool
KOGO? TLC
JAK? przede wszystkim sexy, ale też i crazy, cool
KOMU? rozpalonym, pragnącym się zrelaksować
Z KIM? GDZIE? KIEDY? z ukochaną osobą w upojną noc :-)
NA ILE? na 4.5/5


W SZCZEGÓLE:
1. Płytę otwiera zabawnie wyrapowane przez Phife'a (z małą pomocą Jermaine'a Dupriego) INTRO-LUDE, które pokrótce przedstawia zespół. W tle niesamowity motyw przewodni albumu, który znajdziemy także bez rapu w dalszej części albumu.

2. Numer dwa to seksowny pierwszy singiel CREEP. Aż podświadomie zaczyna się płynnie poruszać ramionami jak w teledyskowych ujęciach dziewczyn w zwiewnych szlafrokach. W utworze pięknie podkreślony jest wyjątkowy, niski głos Tionne. Mimo że piosenka opowiada o zdradzie, to piosenka (zresztą jak większa część płyty) poprzez samo brzmienie idealnie nadaje się do bliskich spotkań najwyższego stopnia z ukochaną osobą :-) Zresztą który Polak w takich chwilach wsłuchuje się w obcojęzyczny tekst? Żaden? ...No właśnie.

3. KICK YOUR GAME. Jedna z niewielu piosenek, która niemalże ze szwajcarską precyzją dzieli utwór na równe części - dla każdej z dziewczyn. Partie w kolejności: T - C , T - L, L - C. Podkreśla to mój własny podział zadań dziewczyn, które wykonują najlepiej - T-Boz najlepsza do zwrotek, Chilli do łączników, Left Eye do rapów... choć to nie reguła, bo zdarzają się piosenki głównie przypisane jednej z dziewczyn, to taki podział piosenki na zwrotki, bridge i rapy to dla mnie typowe, czyste TLC.

4. DIGGIN' ON YOU. Pogodna piosenka, tym razem chyba bardziej cool niż sexy. Piękny bridge Chilli. Tak prywatnie to Chilli jest moją ulubioną częścią TLC :-)

5. Piosenka smutna, ale niestety prawdziwa. CASE OF THE FAKE PEOPLE. Każdy pewnie zna takie osoby, które dopóki czegoś chcą zawsze są przy tobie, ale kiedy to ty potrzebujesz pomocy nigdy ich nie ma! Ironicznie opowiada też troszkę o ludziach, którzy mimo milionów sprzedanych egzemplarzy tej płyty, doprowadzili TLC do bankructwa. Wg mnie podkład nie jest najlepszą stroną tej piosenki, nadrabia to tekst.

6. CRAZYSEXYCOOL - INTERLUDE. Przerywnik T-Boz w towarzystwie Diddiego. Jeśli chcecie dowiedzieć się jaka jest najlepsza dziwka (cytując T-Boz), z która można było związać się w tym okresie, koniecznie wsłuchajcie się w tekst interluda (albo przeczytajcie słowa na którejś ze stron :P). No właśnie a propos dziwki, to pewnie każdy fan TLC dobrze wie, że dziewczyny nie przebierają w słowach i otwarcie mówią o różnych, jak nie o wszystkich sprawach, a szczególnie o sprawach seksu :-) Kocham je za to :D

7. RED LIGHT SPECIAL. Mega seksowna piosenka, podobnie jak nasycony seksem teledysk (Lisa jako alfons :D). Jeden z ulubionych utworów na płycie. I znowu przepiękna partia Chilli! Czy mówiłem już, że prywatnie... Ach, tak. Mówiłem :-)

8. WATERFALLS. Klasyk. Melodyjna piosenka, niesamowity rap Left Eye, mądry tekst. Nie ma wątpliwości czemu ta piosenka stała się największym hitem grupy. Z pewnością pomógł w tym wyjątkowy jak na tamte czasy teledysk. I pamiętajcie: the best sex is the safe sex!

9. INTERMISSION-LUDE. Wspomniany motyw przewodni. Me loves.

10. LET'S DO IT AGAIN. Ta piosenka zawsze poprawia mi humor. Przecież po udanym seksie zawsze krzyczy się zróbmy to jeszcze raz! ...prawda? Piosenka jest fantastyczna, chyba przesłucham jej jeszcze raz :-) Just love it!

11. IF I WAS YOUR GIRLFRIEND. Cover Prince'a. Szczerze przyznam, że tą piosenkę z całej płyty lubię najmniej... co nie oznacza, że nie wczuwam się śpiewając razem z Tionne: If I was your girlfriend would you let me dress you. I mean help you pick out your close before we go out. Tu chyba po prostu podobnie jak z numerem 5 nie podchodzi mi podkład.

12. Brzeboskie! Nic nie powiem, SEXY - INTERLUDE trzeba posłuchać! Chilli - ahh, my love!

13. TAKE OUR TIME. Ukochana, najpiękniejsza ballada TLC. Chyba mój ukochany kawałek na płycie. Zawsze mocno się w niego wczuwam. Chilli świetnie sobie z nim poradziła... i to jej vibrato! Kiedy słucham tej piosenki nie wiem czemu zawsze w głowie mam obrazy zamglonych wybrzeży Irlandii.

14. CAN I GET A WITNESS - INTERLUDE. Przerywnik Left Eye, towarzyszy jej Busta. All right.

15. Przedostatni utwór to przezabawny SWITCH. :-) Jeśli jakiś facet Ci nie odpowiada, to po prostu wymień go na jakiś lepszy model =]. Erase, replace, embrace new face! Jeden z ulubionych rapów Left Eye, z pewnością jest najmocniejszym punktem utworu.

16. Zamykająca album kompozycja to kolejna perełka - SUMTCHIN' WICKED THIS WAY COMES. Naprawdę urzekająca, smutna kompozycja. Jedna z niewielu, przy słuchaniu których często mam łzy w oczach. Sam często just don't understand the ways of the world today. Wszystkie partie dziewczyn: zwrotki, refreny, łącznik, rapy (w tym otwierający rap André 3000) - wszystko mocne, poruszające, idealne. Zdecydowanie 11/10, najlepszy wybór na końcowy track.


Przez dłuższą chwilkę zastanawiałem się, czy to dobry pomysł, aby przedstawić każdy utwór oddzielnie. Może dzięki temu moja recenzja nie jest taka ogólnikowa? Zresztą to nawet nie jest recenzja, a wyzwolenie moich odczuć towarzyszących mi podczas słuchania albumu. Cieszę się z tej recenzji, bo dzięki niej mogłem jeszcze raz przypomnieć sobie ten naprawdę wspaniały i zdecydowanie najlepszy album TLC. Mimo iż straciłem na to dobre 2,5 godziny, to na pewno nie żałuję tego czasu. Serdecznie zachęcam do poznania albumu tych, którzy jeszcze nie mieli okazji go usłyszeć, a tych, którzy go już znają, zachęcam do przypomnienia. Koniecznie w przygaszonym świetle!